O pocieszeniu, jakie daje muzyka - o zespole LAO CHE

Popularność przyniosła Lao Che płyta „Powstanie Warszawskie” z 2005 roku. Wielu słuchaczy zachwyconych nową jakością na polskiej scenie muzycznej sięgnęło dopiero wtedy po ich pierwszy album „Gusła” z 2002 r.

Na zeszłoroczną premierę najnowszego krążka pt. „Gospel” czekały już rzesze fanów. Skąd się bierze fenomen Lao Che? To proste: nie tylko świetnie grają, ale mają też coś do powiedzenia.

Zanim członkowie zespołu spotkali się przy wspólnym projekcie, grali death metal, hip hop, hardcore i muzykę eksperymentalną. W 1999 roku połączyli siły już jako Lao Che i zaczęli przygotowania do wydania pierwszego albumu. Taka mieszanka osobowości muzycznych musiała zakończyć się wybuchem. Ich premierowy album pokazał wyraźnie, że panowie nie aspirują do popowego mainstreamu i od początku chcą podążać własną ścieżką.

„Gusła” to koncept-płyta, na której wątkiem spajającym 14 utworów są średniowieczne obrzędy wywoływania duchów. Klimat płyty jest mroczny i niesamowity ­– jak nakazuje motyw przewodni – a jednocześnie jest to brzmienie nowoczesne, zabrudzone samplami i szumami radiowymi. Teksty pełne są archaizmów, ale także neologizmów i zapożyczeń z kultury kresów.

Całe to zróżnicowanie ma przybliżać koncept albumu współczesnemu słuchaczowi, który może odbywać wędrówki w przeszłość z wykorzystaniem wszystkich możliwości technicznych, jakie oferuje XXI wiek. Ta płyta nie jest ilustracją muzyczną do pogadanki historycznej, ale kawałkiem dobrej, współczesnej muzyki.

Lao Che swoim debiutem zasłużyło na uwagę krytyków i wielbicieli muzyki alternatywnej. Drugą płytą udowodnili, że oryginalna idea może przynieść także sukces komercyjny. Pomysł na krążek był ryzykowny – do powstańczej poezji dołożyć ostre, rock’n’rollowe brzmienie i sporo wariacji aranżacyjnych zamiast patetycznych, tradycyjnych melodii, tak ważnych w martyrologii narodu.

Ryzyko podwójne, bo wielbiciele poezji mogą nie zaakceptować nowoczesnej oprawy muzycznej, z kolei młodzi, którzy przecież stanowią większość na koncertach rockowych, mogą odrzucić niezrozumiały i anachroniczny przekaz o wojnie, honorze i walce na Ojczyznę. Bo czy da się połączyć gniew chłopców z pokolenia Kolumbów z buntem młodzieży epoki iPoda?

O tym, że jest to możliwe można było przekonać się podczas koncertu, który odbył się na dziedzińcu Muzeum Powstania Warszawskiego w 61. rocznicę powstania. W dniu koncertu przed ową powszechnie szanowaną i poważaną instytucją, która dba o popularyzację historii powstańczej, ustawiono wielką scenę i telebimy, uroczystości były bowiem transmitowane przez ogólnopolskie media.

I już po chwili na każdym monitorze widać było twarz młodego mężczyzny, ubranego w zwyczajny t-shirt i dzierżącego w dłoni gitarę. Spięty, wokalista zespołu, z pasją i do utraty tchu wyśpiewywał cały żal, gniew i gorycz tamtego straconego pokolenia. A tłumy ludzi zebranych pod sceną śpiewały razem z nim niezrozumiałe z pozoru słowa: „Dostępu do włazu my żądamy!”, „Tramwajem jadę na wojnę, tramwajem z napisem «Nur für Deutsche»”, „Czekałem na Ciebie, Czerwona Zarazo, byś była zbawieniem witanym z odrazą”. Ta muzyka wywoływała najprawdziwsze emocje, mówiąc młodym ludziom o wiele więcej o historii ich kraju niż dziesiątki godzin lekcyjnych.

Po dwóch koncept-płytach, czując na sobie brzemię wielkich oczekiwań ze strony fanów zespół postanowił przy kolejnym krążku zrezygnować z idei spajającej całość i postawić na różnorodność. Przede wszystkim zaś członkowie grupy chcieli przypomnieć sobie i innym, jaką radość daje muzyka. Chcieli pokazać dobre emocje i pozytywne wibracje, które płyną z dźwięków. Dlatego ich ostatnia płyta, „Gospel”, jest jeszcze bardziej porywająca i intrygująca niż poprzednie.

Utwory nagrywane metodą „na setkę”, czyli od początku do końca piosenki bez retuszów i dogrywania osobnych ścieżek, emanują świeżością i spontanicznością.

Lecz Lao Che nie bez powodu ma opinię jednego z najbardziej zaskakujących zespołów na polskim rynku. Nowa płyta, wbrew deklaracjom autorów, po raz kolejny przedstawia spójny tematycznie zestaw utworów, tym razem skupiających się na duchowości, mistycyzmie i relacjach Bóg – człowiek. Nie jest to temat zbyt często poruszany przez rockmanów, zwłaszcza nad Wisłą.

Za zwrotem „piosenki religijne” ciągną się konotacje z rozśpiewanymi grupami pielgrzymkowymi, siermiężną stylistyką muzyczną i przesłodzonymi tekstami. Tymczasem Lao Che ponownie pokazuje, że te same pytania można stawiać w różny sposób. Najważniejsze wątpliwości można wyrazić zarówno szeptem, jak i krzykiem. Zespół celowo miesza sacrum i profanum, zniżając język rozpraw o Bogu i z Bogiem do slangu podwórkowego.

Pokazuje Boga, którego można spotkać także pod budką z piwem, wśród Jego synów marnotrawnych, a nie tylko zamkniętego w ścianach tabernakulum. Bóg z ich piosenek jest sfrustrowany i rozczarowany – stworzył człowieka, w którym pokładał tak wielkie nadzieje i srodze się na nim zawiódł. Bo tak naprawdę te utwory pokazują przede wszystkim kondycję współczesnego człowieka, zagubionego i słabego, nieradzącego sobie ze sobą i swoim miejscem w świecie.

Ale jednocześnie Lao Che nie przekreśla ludzi do końca i pozostawia dużą dozę nadziei – zawartej w słowach i w fantastycznej muzyce. Słuchając ich radosnego grania, chce się powtórzyć za Szymborską, że mimo wszystko „nie zasługuje Świat na koniec świata”.

Subscribe to our newsletter:

GALERIA: